IV Bieg od Niedźwiedzia aż do Kija

Bieg - zdjecia

IV Bieg od Niedźwiedzia aż do Kija Wetlina - Wola Michowa – szlakiem Bieszczadzkiej Kolejki Wąskotorowej

przygotowania

Jeszcze w październiku, po jesiennej sesji zdjęciowej w Bieszczadach zaczął kołatać się po głowie pomysł – bieszczadzkie cerkwie i pejzaże zimową porą A może jeszcze połączyć to z nartami biegowymi. W końcu idealne tereny tam są. Szybki przegląd Internetu i żal – super wyglądający bieg, ale nie w tym terminie co mogę. Na pierwszą połowę stycznia już wszystko zaplanowane...

Mijają tygodnie, nastaje początek stycznia i trafiam na komunikat o zmianie terminu. Szybki mail z zapytaniem o miejsca, jeszcze szybsza rejestracja i teraz tylko czekanie na większy śnieg i 29.01. Z 3 dystansów – 11, 23 i 41 km wybieram ten środkowy.

W końcu nastaje piątek, piętnasta i wyjazd z Warszawy. Przez część drogi sypie śnieg, wieje dosyć silny wiatr, ale w końcu docieram do Latarni Wagabundy. Odnajduję gospodynię i dostaję miejsce w pokoju. W między czasie oprowadzenie, wypytanie o dystans biegu, życzenia udanego biegu, zapoznanie z innymi uczestnikami – super miłe przyjęcie jednym słowem.

6 rano, pobudka dźwiękiem rogu. No to wstaję, mimo nocy słabo przespanej – późny przyjazd (jakaś 23), stres przed biegiem – w końcu to pierwszy taki, w jakim chcę wziąć udział, ale zapał jest i radosne oczekiwanie.

przygotowania

Z Woli Michowej do Wetliny jadę autobusem podstawionym przez organizatora. Podziwiam krajobrazy, słucham innych uczestników. Po drodze mamy zabrać 2 osoby, ale jakoś nie zostają zauważone przez ich znajomych i zjeżdżamy 300 metrów poniżej miejsca, gdzie stoją. Szybkie telefony i autobus zawraca. Zabieramy ich i w dalszą drogę – na torach śniegu raczej dużo nie ma, a że cały czas wieje, to przetarty w nocy szlak jest z powrotem zasypany.

Docieramy do biura biegu – rejestracja, odebranie numerów startowych, worków na ubranie. Zauważam, że każdy dystans ma inny kolor. Mój to niebieski – takie kółeczko przyczepione z przodu i z tyłu numeru startowego. No to się czas przygotować i popatrzeć jak robią to inni. Smaru nie mam, to nart nie smaruję – jakoś to będzie, w końcu liczy się przebyć ten dystans – rekordy i medale to nie dla mnie, chce się zmierzyć ze sobą i z trasą.

Kilka zdjęć ze startu pierwszej grupy – tej na 43 km, chowam aparat i zajmuję miejsce. Ups, przede mną niedźwiedź. No przeca go nie rozjadę startując, poczekam i ominę jakoś. Niedźwiedź miłym zwierzęciem jest (może wiewiórki w czapkach milki lubi :) ) i schodzi z mojej trasy o mało co nie przypłacając tego upadkiem.

niedźwiedź

W między czasie podsuwam jednej z uczestniczek pomysł, jak to zrobić, żeby na pewno zająć ostatnie miejsce – stanąć parę metrów przed metą i dopytać się.

Start – trzeba jakoś się wbić w ten rząd narciarzy nie przeszkadzając za bardzo innym, ale też nie przepuszczając wszystkich. Początek – trochę marudzenia dookoła słychać, bo na czele grupy jest ktoś wolniej jadący i trzeba spróbować Go wyminąć, a obok torów na razie nie ma jak. Powoli, jeden po drugim wyprzedamy się nawzajem i zaczynam trochę przyspieszać.

Na trasie

Po jakimś kilometrze czuję, ze takim tempem to daleko nie pobiegnę, trzeba odnaleźć swoje właściwe i uspokoić. Doganiają i przeganiają uczestnicy biegu na 11 km, na okrzyk tor relatywnie szybko staram się ustąpić drogi. W odpowiedzi na taki ruch słyszę zawsze dziękuję.

W którymś momencie dobiegam do pana w szarej czapce (jak się potem okazało – najstarszego uczestnika biegu). Na dystansie jakiś 4 km biegnę sobie spokojnie za nim – wq tym momencie jego tempo pasuje mi idealnie. Na podbiegu przed Przysłupem dogania nas jeden z uczestników – bez prośby ustępuję mu miejsca, a w odpowiedzi słyszę – „Miałem nadzieję, że nie puścicie”. I przez parę metrów biegnie między mną a panem w czerwonej czapce. Którego po jakimś czasie wyprzedza.

Wyprzedam mojego przewodnika jakiś kilometr przed metą w Przysłupiu, na którą niedługo docieram i zostaję powitana (jak wszyscy uczestnicy) wyczytaniem numeru, imienia, nazwiska, miasta gdzie mieszkam i dodającymi energii komentarzami. Szybka herbatka z dużą ilością cukru i czas na drugi etap – 12 km do Majdanu.

Na trasie

Pierwsza część tego etapu to zjazd. Spokojnie odpycham się kijkami i utrzymuję dystans do poprzedników. Nagle pojawia się delikatny ból w obojczyku. W tym momencie nie wiedziałam jeszcze co będzie dalej. Taki ból to nie przeszkoda i nigdy mi w niczym nie przeszkadzał. Biegnę sobie spokojnie dalej podziwiając przy okazji widoki.

Niestety po tabliczce oznajmiającej 15 km nie jestem już w stanie odpychać się lewą ręką. Mija mnie jeden z uczestników i powoli oddala się. Daję odpocząć ręce i kontynuuje bieg odpychając się tylko prawą ręką. Na zjeździe to nie przeszkadza za bardzo, ale tam jeszcze będą podbiegi chyba.....

Próby pomagania sobie lewą ręką spełzają na niczym.. Zdaję sobie sprawę, że to co mi pozostało, czyli jakieś jeszcze 5-6 km to tylko o jednym kijku. W ocenie dystansu i w sumie walce ze sobą, żeby nie zrezygnować na tym etapie pomagają słupki przy trasie kolejki. W końcu widzę strażaków, którzy pilnują miejsc przejazdu przez drogę. Od nich do mety to jakieś 300 – 500 metrów – czyli rzut beretem.

Parę minut pogawędki i teraz ostatni odcinek do mety. Jeszcze spotykam Panią i jest, widzę – meta. Gorący doping, oklaski, pytania co z ręką, może pomoc potrzebna, może jakiś upadek był i coś wybite – a to tylko dawny uraz obojczyka się odezwał...

Upragniona herbatka – jedna, druga z olbrzymią ilością cukru, kolejna bez. W między czasie odpięcie nart i rzut oka na zegarek – o żesz, 23 km w jakieś 3.30 (potem się okazało, że dokładnie to 3.28.13 – dłużej od najszybszej na tej trasie o 1.14.50 – gratulacje dla zwyciężczyni).

Na trasie

No a teraz do środka, żeby na padającym śniegu nie stać i ni marznąc – troszeczkę się rudzielec spocił ;) Wchodzę do pomieszczenia i proszę o pomoc w ściągnięciu wierzchniej warstwy – ramię odmawia współpracy. Chyba jutro na biegówkach do cerkwi w Łopiance nie pobiegnę..... Przyjeżdża autobus, zabiera nas do Woli Michowej, gdzie szybki prysznic, aparat pod pachę i czas na zdjęcia z mety 41 km – trafiam na moment, kiedy dobiega Pan Marek i zwyciężczyni wśród kobiet.

Potem czas na rozdanie nagród, wręczenie dyplomów i medali pamiątkowych dla wszystkich uczestników. Akurat trafiło się, że dwie Joanny zostały wywołane w tym samym czasie i przez przypadek o mało co, a doszłoby do podmiany dyplomów. Na szczęście zorientowałyśmy się i każda z nas ma dyplom z własnym nazwiskiem. A śnieg cały czas sypał od jakieś 12. Rano w niedzielę sypał dalej......

Bieg, atmosfera – wspaniałe. Na pewno tutaj wrócę i jeszcze towarzystwo zaciągne ze sobą. I obojczyk mi w moich planach przeszkadzać nie bedzie - już ja sobie z nim prozmawiam....

Zamieszczone zdjęcia są autorstawa Wasyla (Grzegorz Grabowski)

Copyright © 2007 - 2010 Joanna Mieloch - Wiewiórek