Norwegia - uroki północy

Wyprawa czerwiec - lipiec 2007

Aska

zdjecia

zdjecia

norwegia

26.06.2007

Godzina 23:15, początek przygody. Po raz pierwszy almerka wyrusza w długie wakacje ze mną jako kierowcą. Cel ten bliższy na dzisiejszą noc to Gdynia i prom... Cel podróży - Norwegia......

27.06.2007

No tak, spokojne morze to nie dla mnie - przyjemny sztormik, żeby przypomnieć sobie jak to lubi Bałtyk bujać. No prom duży, to i nie tak mocno dolegliwe to huśtanie. Z godzinnym opóźnieniem wpłynięcie do Karlskrony. Witaj Skandynawio, kiedyś tylko widziana z pokładu jachtu, teraz już będzie przemierzana i zwiedzana. Późną nocą, a właściwe już po północy trafiam na jakiś parking przydrożny i śpię....

28.06.2007

Wkraczam do Norwegii. Poznaję po zmianie koloru lini środkowej. Teraz będzie zółciutka. No i jeszcze tablica przypominająca o światłach cały dzień właczonych była. Kierunek północ i Góry Jotunhaimen. Próby ominięcia Oslo skończyły sie dziurą w oponie - zachciało się drogę przez rondo skrócić chodnikiem, tylko krawężnik był ciut za wysoki.... Dobry człowiek pomógł mi zmienić koło. Zalecił sprawdzenie ciśniena na stacji benzynowej (no ale to do ciemnej blondynki mówił....) Dalsza droga juz bez koła zapasowego... Zmieniaja się krajobrazy, na horyzoncie pojawiają się góry. Późnym wieczorem, kiedy słońce zdecydowało się w końcu pójść spać (białe noce czyżby?? ) trafiam na parking zorganizowany niczym kemping. Tylko prysznica brak. Plan na najbliższe dni - wędrówka po górach....

29.06.2007

Plany są po to, żeby ich nie realizować.... Poranek przywitał mnie nisko snującymi sie chmurami i mżawką. No to zamiast w góry, objazdówka. Poczatek trasy biegnie SOgnefjellsvegen - urocza kręta droga.... Wyjeżdżam na płaskowyż a wokoło mnóstwo śniegu, czarna droga, a na poboczu śniegu ze dwa metry i więcej. Taaaa, zima w pełni - sporo narciarzy na biegówkach, szkoda tylko, że chumry tak nisko.... Zjeżdżam nad fiord i rozpoczynam trase - zwiedzanie "stavkyrkje" (stavkirke) - jedynych w swoim rodzaju drewnianych koścołów. Jeden z nich mamy w Polsce - świątynia Wang w Karpaczu. Jest to oryginalny stavkirke przeniesiony w 1842 z miejscowości Vang (tam została tylko tablica informująca, że kościółek w POlsce). Swoją drogą, to jedyny tego typu kościółek poza granicami Norwegii. Objazdówka zakończyła się wmiejscu startu, czyli na uroczym kempingu leśnym. W między czasie, już pod koniec dnia widziałam łosia (tak twierdzić będę, mimo szarówki) biegnącego statecznie po łące. Dzień jak każdy uczczony napojem wypitym za sprzyjające okoliczności pogody i przyrody.

30.06.2007

Rano budzi mnie słoneczko - czas na obcowanie z przyrodą. Mniej więcej 3 do 4 dni w górach Jotunhaimen. Najpierw dojazd drogą prywatną do schroniska. Na początku drogi budka strażnika (pusta) i drewniana skrzynka na słupku. W środku skrzynki długopis i papierek do wypełnienia, oraz skarbonka.... Dojeżdżam do schroniska - parking na 10 samochodów otoczony zwałami śniegu. Ide się dowiedzieć, czy mogę tutaj zostawić samochód na 3 - 4dni. Pytania zakończyły sie zjazdem jakiś kilometr wzdłuż potoku - tak poprosił właściciel schroniska - za dwa tygodnie byłby cały parkin pusty - roztopy, ale teraz tylko dla gości prosił. Grzecznym się czasem bywa..... Buty na nózki, plecaczek na plecy i heja w drogę.... Okulary przeciwsłoneczne i filtr się przydaja, oj bardzo przydają.... A plany są układane tylko w celu możliwości ich zmiany :) Widoki nie do opisania - góry, śnieg - i taką trasę wybieram - bardziej w śnieg, nie na hale bez śniegu.... I może dzięki temu spotkałam pierwsze stado reniferków. Zmiana trasy poskutkowała spotkaniem innego wędrowca, który zaprosił mnie na kolację nad jeziorem. W ferworze pakowania przed wyjściem w góry ani sztućców, ani menażki nie wzięłam, więc kolację spożyliśmy jedną łyżką z jednego naczynia...

01.07.2007

Śniadanko bladym świtem, czyli po ukazaniu się słońca ponad górami... Pięknych widoków ciąg dalszy - góry, jezior, wodospday.... i lokalne zwierzęta. Niestety pogoda przypomina, że czasami lubi sobie pochmurzyć i zaczyna bawić się z wędrowcami - trochę słońca, trochę chmur, drobny deszczyk. Po paru godzinach, około 13 docieramy do schroniska Gjendebu nad jeziorem Gjende. Tutaj wymieniamy się adresmai mailowymi i każde z nas rusza w inną stronę. Przede mną droga do Memurubu. Jutro chcę zobacyć to jedno z ciekawszych i najpopularniejszych równoczesnie miejsc - przesmyk między dwoma jeziorami Gjende i Bessavatnet. Różnica wysokości miedzy nimi to jakieś 390 metrów. Najpiękniejsze jest to, że Bessavatnet jest ciemnogranatowe a Gjedne jasnoturkusowe. No, to plan na jutro, a dzisja jeszcze kawałek drogi - wejście z poziomu jeziora na szczyty i zejście z powortem nad jezioro - podobno trasa na 6 godzin. Stromo było, nawet łancuchy się znalazły, ale przejście w pionie od lata do zimy poprzez wiosnę - bezcenne. Po drodze były przeróżne kwiaty od typowo letnich, poprzez sasanki na kwiatach wierzby kończąc. A potem spotkanie ze stadem reniferków - blisko były... A na koniec ups, kto to widział, po takiej stomiźnie ośniezonej schodzić.... zwłaszcza w krótkich spodenkach..... Za to na przy dokonywaniu opłaty za pole namiotowe należało zaopatrzyć się w płyn regionalny rozgrzewający choć trochę. W końcu noce w górach nad jeziorem do ciepłych nie należa....

02.07.2007

No to pogoda powiedziała nie, tam nie idziesz, wracaj do almerki :( Nisko sunące chmury, mżawka, znaczy kamienie śliskie - samemu na łańcuchy - nie, kiedyś tutaj wrócę, a dzisiaj odpuszczę. W ten sposób wylądowałam na stateczku i popłynęłam tam skąd wczoraj przyszłam, czyli do Gjendebu. A stamtąd kierunek Leirvassbu przez Olavsbu - jeżeli się uda, to całość dzisiaj, jeżeli nie, to na dwa dni się rozłoży.... Widoki piękne mimo chmur - czasem nie widać jak strome zejście czeka. Strome podejście to pikuś - jakoś się w śnieg paurkami powczepia. Około 13 docieram do Olavsbu, krótki odpoczynek, pogaduszki z turystami przeczekującymi pogodę i w drogę. Powoli, zmęczenie zaczyna łapać pnę się na przedostatnią przełęcz, zejście i teraz przejście przez rzekę płynącą pod śniegiem, topniejącym śniegiem..... Jakoś wielkiej ochoty na kąpiel nie mam - w końcu morsem nie jestem. Chwila zastanowienia, przyglądnięcie się śladom i na przód.... udało się - temperatury wody nie sprawdzałam :) W końcu po ponad 12 godzinach łażenia w śniegu docieram do almerki - suche skarpetki, buty - jakie to piękne. Mokre buty jednak nie lubiły moich achillesów i trochę im objętość zwiększyły - szybko dało się to odczuć przy wysiadaniu z samochodu.... Zaprzyjaźnione już miejsce postojowe przygarnęło mnie i almerkę na noc raz jeszcze.

03.07.2007

Zaczynam drugi etap podróży, czyli objazdówka :) ...... Na początek Lom i jego drewniany kościółek oraz drweniany most. A przy okazji zakup i wymiana żarówki świateł mijania. Wystarczy, że bez koła zapasowego już jeżdżę..... Żaróweczka wymieniona z instrukcją w łapce. Kolejny etap wto Vaga i też drewniany kościółek. POtem wjazd na płaskowyż, widoki.... i kierunek Kvernes. Niestety docieram tam troche późno i kościółek oglądam tylko z zewnątrz, a wnętrze poznaję jedynie na fotografii umieszczonej na tablicy informacyjnej. Nadszedł czas na przejażdżkę Drogą Północną z jej powyginanymi mostami. Trochę czekania na zachód słońca - tak do 23 :) I zaczynam szukać miejsca do spania - po jakiejś godzinie z kawałkiem trafił się parking z możliwością rozbicia namiotu i widokiem na fiord. Ten widok, to sobie jednak rankiem dopiero pooglądam....

04.07.2007

Całkiem, całkiem ten widoczek, ale skoro słońce o tej 7 rano tak wysoko, to może też czas w drogę ??... Kierunek - Andalsnes i potem Droga Trolli. Droga jest nie do opisania, zdjęcia coś tam pokazują, ale wrażenie, jakie robi to - ups, jak to się tutaj wjechało??, a to na dole to naprawdę autobusy, a nie zabawki???? Potem zjazd - spokojny, podjazd, również spokojny, w między czasie promik i .... Geiranger Fiord wraz z wodospadem Siedmiu Sióstr i domami zbudowanymi prawie na skraju urwiska.... Dzieci, żeby nie spadłu w czasie zabawy, były kiedyś przywiązywane do palika na odpowiednio długim, a raczej krótkim sznurze. Kolejny etap to dotarcie na Dalsnibę i porcja kolejnych zapierających widoków. Droga niby rzucona wstążeczka, kręta, powywijana.... Ostatnią atrakcją tego długiego dnia był przejazd Drogą Wodospadów. A że roztopy akurat trwają, to w wodę dobrze zasilone :)

c.d.n.

Copyright © 2007 - 2010 Joanna Mieloch - Wiewiórek