Islandia - wyspa marzeń

Wyprawa sierpien 2008

Aneta i Aska

zdjecia

islandia

10.08.2008

Godzina 02:15 a my ciągle w Warszawie. Jest jednak światełko - samolot juz wyleciał z Keflaviku i leci po nas. Upppsss zniknął z przylotów na Okęciu..... ale na odlotach jest. Właściwie to niech jakoś sobie przylatuje, byle odleciał z nami na pokładzie. No i wystartowałyśmy z Okęcia o godzinie 6:15 . Szybko znalazłysmy się ponad chmurami.... i nagle ponad 3 godziny później chmury zmieniły sie w lodowe szczyty Islandii. Jeszcze kilkanaście munut i lądowanie w Keflaviku. Tutaj równiez nie obyło sie bez oczekiwania, tym razem na samochodzik. Już po 30 minutach mniej więcej od wylądowania siedziałyśmy w Jimniku i zaczynałyśmy podróż po wspaniałej wyspie. Był most między płytami 2 kontynentów - płyty Eurazji i Ameryki Północnej - Byłyśmy w Ameryce Północnej :) !!!!! No i oczywiście islandzkie SPA, czyli Błękitna Laguna. A potem było poszukiwanie miejscówki do spania. Znalazłyśmy cos wspaniałego, jakieś 5 kilometrów na południe od Hafnarfjordur. Malutki placyk dla Jimniego i naszego namiociku - zielono-fioletowego jeżyka w otoczeniu "lubinus arcticus", czyli pięnego islandzkiego (niestety przekwitłego ) łubinu. Do snu ukołysały, a o poranku obudziły spiewające ptaszyny.

11.08.2008

Zwiedzanie "złotego kręgu" Islandii, czyli Pingvelli - pęknięcie między płytami kontynentalnymi, Geysir, Gullfoss..... Wrażenia nieziemskie i nie do opowiedzenia. Pozostaje tylko obejrzenie zdjęć :) Po wodospadzie nadszedł czas na interior w wersji mini i "body shiping" (masaż ciała przy jeździe samochodem po szutrówce, ale nie każdej, musi być odpowiednio wyprofilowana). Pojechałyśmy sobie do Kerlingarfjoll. Były dwie przeprawy przez wodę. Tutaj pilot pokazał swoje umietęności. Na zdjęciu instrukcja- w jaki sposób pilot powinien sprawdzić głebokość rzeki. Kerlingarfjoll urzekło kolorami i zapachem siarki. Tak nas to odurzyło, że pozostałyśmy tam na noc. Ach, co to była za noc....

przeprawa

12.08.2008

Noc była zimna, a poranek przywitał nas szronem na namiocie, trawie i złotym Jimniku Szybko zwinęłyśmy obozowisko i pojechałyśmy na poszukiwanie uroczego zakątka ogrzewanego słoneczkiem, żeby na łonie natury zjeść śniadanko. I była lodowata rzeczka koloru ciemnoniebieskiego (temperatura została sprawdzona nożnie) i było śniadanko z nieśmiertelnym pasztecikiem drobiowym z jakimś dodatkiem. A po śniadanku kierunek - Landmannalaugar. Dotarłyśmy tam około 15, rozbiłyśmy namiocik i poszłyśmy sobie na spacerek polem lawowym. Widoki takie, że żadne zdjęcie tego nie pokaże. A po powrocie - SPA - ciepłe źródła i podgrzewany piaseczek. Szkoda tylko, że temperatura powietrza tak szybko spadała..... Po SPA szybki kłus do namiociku i kieliszeczek domowej naleweczki na poprawę krążenia i za przychylność pogody.

13.08.2008

Poranek, no cóż - górski, temperatura w okolicach zera. Śniadanko i w drogę po szczytach i dolinach Landmannalaugar. Tym razem obiadek w porze obiadowej nad ciepłym żródlem w jedej z dolinek. A wieczorem powtórka z rozrywki - SPA, kłusik, naleweczka..... Wyjaśnienie - naleweczka była codziennie pita za pogodę.

14.08.2008

I nastąpiło pożegnanie z Landmannalaugar.... Kiedyś tu wrócimy na dłużej. Przed nami baaaardzo długa droga z 15 przeprawami (według GPS-a - kochanego Gremlinka - Garminka). Pilot znowu sprawdzał drogę w dobrze wypróbowany sposób. Jak widać sposób dobry, bo wszystkie rzeki przejechane. Jechałyśmy drogą F208 w kierunku Eldgji i wybrzeża. Rozpoczęły się atrakcje południowego wybrzeża. Na początek przejazd przez teren poprzecinany rzekami lodowcowymi. Potem krótki spacerek do Svartifossu - przepięknego wodopsadu w otoczeniu bazaltowych kolumienek. Było jeszcze parę innych fossów i cudny widok na lodowiec Vatnajokull. No i dalej w drogę, aż do lodowej laguny - Jokulsarlon. Obok lodowych odłamów pływają sobie foczki i latają ptaszyny. Dalsza droga wiodła wschodnim wybrzeżem do miasteczka Hofn, gdzie napoiłyśmy Jimniego i pojechałyśmy do Eglisstadir. Nie był to jeszcze koniec podróży..... Dzień zakończył się juz po zachodzie słońca (a zachodziło około 23.00) na kempingu jakieś 30 kilometrów od Dettifossu. Sam zachód kolorami malował niebo na złoto i czerwono.

15.08.2008

Dzień stał pod znakiem uda się albo nie uda. Dojedziemy do Askji albo nie dojedziemy. Pierwsza przeprawa została zakończona sukcesem. Natomiast na brzegu drugiej przeprawy zakończyła się nasza jazda do Askji. Jimny tak zbajerował Vitarkę, że ta w wodzie podtopiona została. Nurt był silny, a wiatr jeszcze silniejszy. Obejrzałyśmy sobie Herdubreid i Herdubreidartogl i zawróciłyśmy. W ten sposób zamiast Askji były różnego typu fossy... Dettifoss, Selfoss, Hafragilsfoss i tutajeszy Kanion Kolorado. Odwiedziłyśmy wulkan Krafla i elektrownię geotermalną oraz pole geotermalne zionące błotkiem i siareczką. Nocleg nad uroczym jeziorkiem Myvatn niedaleko Reykjahlio

16.08.2008

Objazd jeziorka Myvatn i podziwianie krajobrazów wulkanicznych, przejrzystej wody i krowy w biustonoszu. Dalej nasza droga doprowadziła nas do Akureyri. W zwiedzeniu katedry przeszkodził nam ślub, ale czego się nie robi dla największych organów Islandii - czeka się na zakończenie ceremonii i podziwia okolicę. Zapragnęłyśmy zobaczyć rybacka wioskę z domami z czasów swietności w przepięknej okolicy - Siglufjordur. Warto było. Potem wybrzeżem półwyspu Skagi, gdzie czekały kolejne atrakcje, a wśród nich ciekawe wybrzeże bazaltowe. Było długie szukanie powywracanych bazaltowych klifów zakończone niepowodzeniem - po raz pierwszy trafiło się złe oznakowanie ciekawych miejsc. Za to wieczór w miasteczku country - Skagastrond..... sprawił, że zostałyśmy pocieszone po bazaltowym niepowodzeniu. Kemping super - bezpłatny, udogodnienia - pralka, płyta grzejna, ekspres do kawy.....

17.08.2008

Oczywiście nie mogłyśmy tych bazaltów tak zostawić i poranne poszukiwania zostały zakończone sukcesem. A potem śniadanko - jako, że niedziela, to piknik pod latarnią, morską oczywiście. Widziałyśmy później wylegujące się foki w Hrutafjordur. I wjechałyśmy w krainę Zachodnich Fiordów. Oczywiście musiały pokazać swoją pochmurną twarz i przywitały nas deszczem. Ale nic to, dalej za zdrowie pogody pijemy. Samotny nocleg na malutkim bezpłatnym kempingu w Flateyri

18.08.2008

Zachodnich fiordów ciąg dalszy, a raczej teraz dokładniejsze zwiedzanie. W drodze do miasteczka Bolungarvik chmury przed deszczem chowały się do tunelu.... Miasteczko znane jest z tego, ze skała zasłania słońce przez jakieś 3 miesiące i dopiero w połowie lutego pierwsze promienie docierają do mieszkańców. Droga była kręta i oczywiście głównie szutrowa. W podziwianiu widoków przeszkadzały chmury, ale również zasłaniały przepaście - a barierek odgradzjących nie było...... Dla odmiany natrafiłyśmy na wodospad, który w swej nazwie nie miał foss - Dynjandi. Było przy nim całe mnóswto innych wodospadów. Niestety okazało się też, że jedna z ważniejszych częsci statywu została u fok..... A potem były klify Latrabjarg i całe mnóstwo maskonurów. Kierowcy w końcu udało się zachwycić czymś pilota :) Spędzony tam dłuuuuugi czas zaowocował zdjęciami maskonurów w różnych sytuacjach i pozycjach. Potem znowu była kręta droga wybrzeżem i nawet trafiłyśmy na tutejsze roboty drogowe.... A noc gdzieś nad rzeką na półwyspie Snaefellsnes

19.08.2008

Półwysep Snaefellsnes nie chciał odsłonić przed nami jedej ze swoich tajemic - lodowca Snaefellsjokull. Mogłyśmy za to podziwiać skalne wybrzeże w Arnarstapi. Kolejnym etapem były kaskadowe wodospady - Hraunfossar i Barnarfoss. A nocleg nad jeziorkiem przy polu golfowym

20.08.2008

Bladym świtem wyruszyłyśmy w dalszą drogę ku wodospadowi Glymur. I nadeszła ta chwila, kiedy po dotarciu do Reykiaviku trzeba było rozstać się z naszym dzielnym Jimnim. Polało sie trochę łez z nieba i rozpoczęło sie zwiedzanie stolicy. Oczwywiście główna ulica Laugavegur i stary port. A noclegi na kempingu. Tej nocy wraz z kibicami uczestniczyłyśmy w meczu piłki nożnej rozgrywanym na pobliskim stadionie

21.08.2008

Whale watching :) w strugach deszczu... Grunt, że whales były. Po dotarciu na stały ląd szybki kurs do Vin Budu i zakup jedego z tutejszych napoi alkoholowych o wdzięcznej nazwie Topas, a smaku wyjątkowym...... i kolorze ciemnym.... Z coca-colą wchodziło całkiem całkiem.... No ale zmoknięte turystki jakoś musiały się rozgrzać, skoro pogoda spłatała figla (naleweczka się dawno skończyła i za pogodę pite nie było, to może się obraziła.... kobietka w końcu....)

22.08.2008

Dalsze zwiedzanie stolicy - sklepy, sklepiki i Perła oraz park rzeźby i cudnej urody ogród botaniczny, w którym chodziła za nami jedna z mew. Nie mogłyśmy też pominąć zapoznania się z placami zabaw..... A wieczorek - typowo islandzki lans. Najpierw spacerek główną ulicą - Laugavegur, następnie pub Dillon oraz islandzki rock - Lights on the highway przeplatany piwem - Viking. Na dowód szklanki są .

23.08.2008

Taaaaaaa......... Właśnie nad Bałtykiem jesteśmy....

Wspomnienia...

Inne zdjecia, opis dokonań Jimniego i jego zalet - www.terenowo.pl

Copyright © 2007 - 2010 Joanna Mieloch - Wiewiórek